5

by • 20 lipca 2014 • WSZYSTKIE WPISY, ZA MGŁĄComments (0)1474

 

Dwa dni temu minęła 5 rocznica urodzin Hani.

Ciężko. Zawsze jest ciężko, w tym roku jakoś bardziej.

Zobaczysz, za rok będzie łatwiej. A moja siostra to na cmentarzu jest może dwa razy w roku. Czas leczy rany. Tak mówili wszystkowiedzący. Ci, którzy niczego w życiu nie przeżyli.

 

Moja babcia u schyłku życia drżącymi rękoma wyjmowała ze schowka zdjęcia zmarłego syna. I wtedy jako dziecko nie rozumiałam skąd ten wzrok zamglony. Jej siostrze sześćdziesiąt lat nie pomogło zapomnieć o utraconym niemowlęciu. I teraz już rozumiem, choć sami jesteśmy na początku drogi.

Minęło pięć lat. Nauczyliśmy się dźwigać przeszłość na barkach, jednak czasami pod tym ciężarem się potykamy. A rany wciąż te same. Tylko drzewa na cmentarzu wyższe. Tylko Zosia coraz starsza.

Nie ma dnia, w którym nie byłoby Hani. Nierealnym jest zamazać wspomnienia, czy wyciąć ten kawałek serca. Śmierć nie jest ani końcem miłości, ani rodzicielstwa. Jest jedynie ustawicznym, pokornym czekaniem. Najpierw czekaniem w krzyku, teraz w milczeniu, w naszym małym zamkniętym świecie, bo innym wygodniej nie pamiętać.

Zosia codziennie wymyśla wyimaginowane historie ze swoją przyjaciółką-siostrą i cieszę się, że dla niej istnienie Hani jest tak łatwe i tak naturalne. Choć to, co jest dziecięcym snem miało być rzeczywistością i tę świadomość zaakceptować trudno.

 

5 lat temu, w burzliwe sobotnie popołudnie urodziła się Hania.

Dostaliśmy w darze 5,5 tygodnia. Cenne 40 dni.

 

Czekamy.

 

3    2

5

6

 

Pin It

Related Posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *