Gdzie byłam, kiedy mnie nie było? #1 Cinque Terre, czyli włoska wiosna w pełnym słońcu.

by • 16 września 2018 • MIEJSCA, WSZYSTKIE WPISYComments (0)188

Wiosną wybraliśmy się na przedłużony weekend do Toskani. Bez dzieci, bo dla nich trasy, jakie zaplanowaliśmy byłyby nieco za trudne, poza tym był to wyjazd szczególny bo świętowaliśmy 10 rocznicę ślubu (a to w dzisiejszych czasach niemałe osiągnięcie :-).

Nigdy wcześniej nie byliśmy we Włoszech. Od dłuższego czasu chciałam tam pojechać i czułam podświadomie, że Włochy to mój klimat.

Czy faktycznie tak było?

 

  

 

 

Najpierw przylecieliśmy do Pizy i w zasadzie miał to być tylko nasz punkt wypadowy do Cinque Terre. Pierwsza miejscówka noclegowa jednak przebiła wszystkie inne podczas naszego pobytu i było to najlepsze możliwe rozpoczęcie przygody z Włochami.

Ponieważ przylot mieliśmy wieczorem, szukałam czegoś w dogodnej odległości od lotniska i centrum. Tak trafiliśmy do włoskiego domu z ogrodem, 10 minut pieszo od lotniska, i mniej więcej tyle samo od centrum. TUTAJ link do rezerwacji na Airbnb. Sam dom miał niesamowity klimat. Wypełniony był rzeźbami, których autorką była mama właścicielki. Rzeźby były wszędzie – w kuchni, w łazience i oczywiście w ogrodzie. Rano do naszej sypialni przez okno wychodzące do ogrodu wskoczył kot. Gospodarz zrobił nam śniadanie, które zjedliśmy na tarasie zalanym słońcem i spowitym kwitnącą roślinnością. Było ciepło, ptaki śpiewały, a bruschetta smakowała jak nigdy. Było doskonale.

 

 

Z Pizy pociągiem dojechaliśmy do Monterosso. Mimo iż bilet można kupić przez internet, to nie polecam tej opcji bo strona bywa zawodna (a włoska kolej strajkuje często i gęsto). Bilet można w 5 minut kupić w automacie na dworcu. Zawsze jednak warto wcześniej sprawdzić połączenia – TUTAJ link.

 

 

Monterosso jest dość przestrzenne w porównaniu z pozostałymi miasteczkami, ale równie urocze. W kwietniu plaża nie była jeszcze tłumnie okupywana, ale w sezonie na pewno jest tu ciasno. To jedyne z pięciu miasteczek z typowo turystyczną plażą, więc warto zaplanować tu po prostu relaks. Monterosso ma dużo zakamarków, których nie byliśmy w stanie zwiedzić, ale stare bramy, kręte schody prowadzące do miejsc schowanych za gęstwiną drzew, małe kafejki i włoskie słońce zdecydowanie dodają uroku. Nie mówiąc już o tym, że w kwietniu na plaży mogliśmy zjeść lody. Boso i w krótkim rękawku! Bałtyk nas tak nie rozpieszcza ;-)

 

 

Cytryny na drzewach – w kwietniu!

 

 

Z Monterosso wyruszyliśmy na szlak do Vernazzy. I tutaj przekonałam się jaką słabą mam kondycję. Chociaż nie bez znaczenia było to, że mieliśmy ze sobą co najmniej 10-kilowe plecaki. Trasa zajmuje około 2 godziny, jest dużo ostrych podejść w górę (pokonaliśmy około 100 pięter), dużo kamieni i uskoków, za to widoki są niesamowite, wręcz bajkowe. I to właśnie te trasy prowadzące od jednego miasteczka do drugiego były dla mnie równie zniewalające, jak same miasteczka, o ile nawet nie najbardziej. Przemieszczając się pociągiem po Cinque Terre nie zobaczycie połowy tego, co zobaczycie ze szlaku. Warto, warto i jeszcze raz warto. Mimo, iż mijaliśmy po drodze panie w klapeczkach, to lepiej mieć jednak buty trekingowe.

 

 

Trasy prowadzą przez winnice. Na owoce było jeszcze za wcześnie ale za to było wiele okazji, aby zobaczyć jakie prace są przy tych winnicach wykonywane.

 

 

Kolejne miasteczko, Vernazza, to pocztówkowa wizytówka Cinque Terre. I naprawdę tak wygląda. Klimat tych wszystkich miasteczek jest tak surrealistycznie bajkowy, że aż trudno uwierzyć, że ktoś tam mieszka i prowadzi normalne życie. A tak właśnie jest. Ot do podejrzenia na TYM filmie.

 

 

Koty, okiennice i wiszące pranie to nieodzowny element Cinque Terre.

 

 

 

W Vernazzy spędziliśmy niestety dużo mniej czasu, niż chcieliśmy, bo nocleg mieliśmy zarezerwowany 5 km dalej, na samym szczycie toskańskich wzgórz, a ostatni autobus, jak się okazało, odjeżdżał już o 7 wieczorem. Autobus to tak naprawdę busik, prowadzony przez rezolutną panią. Busik się spóźniał, a pani w końcu przyjechała, ale nie busikiem, a swoim małym prywatnym samochodem, bo tamten się zepsuł. Pani zapakowała kogo mogła do swojego samochodu, a dla pozostałych turystów, w tym nas, szukała rozwiązań. Dzwoniła do gospodarzy naszych baz noclegowych (znała po imieniu chyba wszystkich w okolicy) i umawiała transport, a po innych miała wrócić. Nikogo nie zostawiła bez pomocy. To było naprawdę niesamowite doświadczenie, zupełnie inne od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. W Polsce pewnie czekalibyśmy do późnego wieczora bez żadnej informacji.

Po nas przyjechał ojciec właścicielki mieszkania, które wynajmowaliśmy na tę noc. Droga, jaką mieliśmy do przejechania prowadziła ostro pod górę, była wąska i obfitowała w ostre zakręty. Miejscami nie mieściły się na niej dwa samochody i ktoś musiał ustępować pierwszeństwa. Pan, który nas wiózł, już nieco starszy, nie zawracał sobie głowy zapinaniem pasów, jedną ręką prowadził rozmowę telefoniczną, a drugą manewrował na tych zakrętach. Dużo wrażeń jak na 15 minut jazdy. A my mieliśmy możliwość zobaczyć jak naprawdę wygląda toskański las i te drzewa, które na zdjęciach widać jedynie jako zielony meszek na szczycie wzgórz. Widoki piękne. Żal tylko, że wyjechaliśmy z Vernazzy tak wcześnie i mimo wszystko, chyba tam szukałabym noclegu następnym razem.

 

 

Dzięki noclegowi na szczycie wzgórza, do następnego miasteczka, Corniglia, nie musielismy się wspinać, więc zaoszczędziliśmy trochę sił. Zeszliśmy na dół zwykłą asfaltową drogą i mieliśmy dużo lepszy widok na Corniglię z góry. Właścicielka naszego mieszkania (lata temu przyjechała do Włoch z Nepalu), mówiła, że w zimie drogi są zasypane śniegiem i wszyscy pokonują te trasy regularnie pieszo (my połowę drogi do Corniglii przejechaliśmy busem). Wiedząc jak strome są te wzgórza i ile sił kosztowała nas wspinaczka do tej pory, mogę jedynie chylić czoła. Przyroda uczy pokory.

 

 

Śniadanie zjedliśmy na małym placu przy kościele w Corniglia i miło było obserwować lokalnych mieszkańców, którzy przesiadują na ławce obok i wymieniają się porannymi uprzejmościami.

Poniżej najlepsze możliwe śniadanie i do tego jedyne miejsce, gdzie mieli kawę mrożoną. Najlepsza, jaką w życiu piłam!

 

 

Z Corniglii wyruszyliśmy na szlak do Manaroli i ta trasa podobała mi się najbardziej. Mnóstwo kwitnących drzew, ścieżki prowadziły przez winnice, mijaliśmy kamienne toskańskie domy na wzgórzach, a widok na Manarolę przepiękny. Wyjątkowo urokliwy szlak. Ta trasa była też dużo mnie zatłoczona niż najpopularniejszy szlak między Monterosso a Vernazza.

 

  

 

W Manaroli również przywitał nas kot. Klimat tego miasteczka był podobnie włosko-śpiący, jak w Corniglii. Stąd ostatni odcinek drogi musieliśmy pokonać koleją bo kończył nam się czas na zwiedzanie. Wielka szkoda. Słynna trasa prowadząca do następnego miasteczka Riomaggiore, droga Via dell’Amore, prowadząca brzegiem morza, niestety nadal pozostaje zamknięta (już od kilku lat) z powodu osuwającej się ziemi. Ale przynajmniej mamy powód, żeby tutaj wrócić.

 

 

Riomaggiore, ostatni etap naszej podróży, było bez wątpienia piękne, z rybacką nutą, ale potwornie zatłoczone. Najmniej polecam właśnie to miejsce na ewentualny nocleg lub posiłek. Tłumy są wszędzie, chociaż na zdjęciach tego nie widać. Trudno znaleźć miejsce, gdzie jest choć odrobina ciszy. Spędziliśmy tam nieco ponad godzinę i byliśmy już tym hałasem zmęczeni.

 

  

 

Na zakończenie naszej przygody w Cinque Terre, mieliśmy jeszcze okazję zobaczyć delfiny skaczące w morzu. Taka wisienka na torcie :-)

Wieczorem wróciliśmy do Pizy. Tam nocowaliśmy tym razem w samym sercu miasta, w absolutnie wyjątkowej XIV-wiecznej kamienicy. Link TUTAJ (edit: oferta aktualnie niedostępna na AirBnb) Sufit pokrywały oryginalne freski, a grubość ścian między jednym pokojem a drugim świadczyła o innych niż współcześnie tradycjach budowlanych. Właściciel mieszkania doradził nam co i gdzie zjeść w Pizie, więc tym razem zdecydowaliśmy się na makaron. Mimo braku rezerwacji udało nam się wbić do małej i przytulnej restauracji. Makaron był bardzo dobry, ale nic nie poradzę na to, że wolę pizzę!

A sama Piza nie jest może tak malownicza jak Cinque Terre, ale ma też wiele ciekawych zakamarków. To, co mnie najbardziej uderzyło, to ilość kwiatów sprzedawanych na ulicach. Co krok są targi roślin ozdobnych i kwiatów. I od razu jakoś piękniej. Piza przede wszystkim, ma bardzo dobre połączenia kolejowe z okolicznymi miastami i stanowi dobrą bazę wypadową.

 

 

Toskania naz zachwyciła. Cinque Terre jest po prostu bajkowe, z tymi małymi urokliwymi miasteczkami, wąskimi uliczkami, kolorowymi elewacjami domów, śpiącymi kotami i włoskim słońcem. Równie urokliwe są jednak szlaki prowadzące od jednego do drugiego miejsca i naprawdę nie sposób w pełni zanurzyć się w Cinque Terre bez pokonania tych tras. Dla mnie były najlepszym etapem naszej podróży.

Przyznam, już po tym jednym weekendzie zakochaliśmy się we Włoszech. Dużo bardziej podobało nam się tutaj niż w Hiszpanii, która jednak kulturowo jest nam dalsza. We Włoszech czuliśmy się jak w domu. Bardzo chciałabym wrócić do Toskanii na jesień. Na pewno kiedyś wrócimy jeszcze do Cinque Terre, może tym razem z dziećmi. A przed nami jeszcze Florencja, San Gimignano i wiele innych. Przepadliśmy!

xxx

Jeżeli jeszcze nie zarejestrowaliście się na AirBnb, to korzystając z mojego polecenia (wystarczy kliknąć w ten link: www.airbnb.com/c/agnieszkak3029 ) otrzymacie 100 zł do wykorzystania na następną podróż. Bon voyage :-)

Follow my blog with Bloglovin

 

Pin It

Related Posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *