Wytrzymaj

by • 15 października 2015 • WSZYSTKIE WPISY, ZA MGŁĄ4 komentarze1971

Przyszedł czas i pojawiła się Ona. W końcu. Wtedy jeszcze nie byliśmy pewni kto to. Snuliśmy domysły. Może to on? Niedługo się dowiemy. Wytrzymasz?

Kilkanaście tygodni później już wiedzieliśmy. Jest Ona, ale są też problemy. Rosła bardzo powoli. Ale mamy zastrzyki, mamy leki. Wytrzyma.

Na kolejnej wizycie diagnoza. Zły obraz serca. Może nie dożyć porodu. Wizyta u kardiologa za kilka długich dni. Zamknęliśmy się z Danielem w domu. Modliliśmy się i czekaliśmy. Stoimy przed gabinetem. Z nerwów mam skurcze. „Nic poważnego. Tylko mała dziurka. Może się sama zrośnie.” Tak, jakby ktoś dał nam drugie życie. Wytrzyma!

A Ona nadal uparcie nie rośnie. Trzeba iść do szpitala, zostać na dwa miesiące, a my nawet już byliśmy spakowani na wakacje. „To nic, kiedy liście zaczną spadać z drzew, wyjdziemy razem do domu. Wytrzymaj.”

KTG, USG, badania, leki. KTG, USG, badania, leki. Jeden tydzień, drugi tydzień. Piątkowy wieczór. Za oknem szumi wiatr. Jak to dobrze, że z mojej sali widać drzewa. Boże, myślę sobie, ufam Ci. Nie chcę tego strachu. Oddaję Ci wszystkie moje lęki. Wytrzymam.

Następnego ranka przyjechał do szpitala Daniel z wiklinowym koszem – piknik niespodzianka. Ale zamiast siedzieć na kocu na przyszpitalnym trawniku, siedzieliśmy w gabinecie lekarskim. Jest źle. Jedyna szansa to natychmiast ciąć. Nie ma żadnych gwarancji. „Wie pani, to kruszynka. Ja zrobię, co będę mógł. Ale jest Bóg na niebie, wie pani.” Wiem. Wytrzyma?

Piętnaście minut później zastrzyk w kręgosłup i szybkie cięcie. Intubacja, wenflony, inkubator. I ona wyrwana nagle na ten świat. Jak się okazało, żadnych wylewów do mózgu, mimo, iż taka mała. Wytrzyma.

Daniel przynosił mi zdjęcia. Dla Niej prasował pieluszki. Aż w końcu i ja mogłam pójść na OIOM. Zobaczyłam te rurki i moje Maleństwo, którego nawet nie mogłam dotknąć. Matczyna miłość odbita od szyby. Łkałam. „Bardziej niż ciebie potrzebuje respiratora i lekarzy. Wytrzymaj.”

Dzień za dniem. Te same drzwi, schody. Dezynfekcja, fartuch, krzesło. O 19:00 do domu.”Co tam pani tak pisze?” „Nic, nic.” Tak naprawdę wszystko. Jak dziś sobie radzi. Co powiedziała pielęgniarka, a co sąsiadka od chłopczyka obok. „Niech pani patrzy ile w niej życia. A jaka piękna… Wytrzyma!”

Czytamy Jej bajki. Kiedy nie ma nikogo, śpiewam. Daniel odważył się zmienić pieluszkę. Tylko o niej rozmawiamy przy kolacji. Co dzień. Modlimy się ciągle, jak nigdy wcześniej. I przyjaciele, znajomi, rodzina. Każdy alarm w inkubatorze stawia nas do pionu. Wytrzyma?

Wchodzę na oddział i widzę woreczek krwi na stojaku. I te rurki wypełnione czerwienią. Transfuzja. Nogi mam z waty. „Proszę się nie martwić, to normalne. Wcześniaki tak mają.” Dzisiaj nic nie piszę. Wytrzymaj…

„Nie spodziewałem się, że będzie tak dobrze. Zamiast respiratora, dziś CPAP.” Lekarz jest dobrej myśli. Na skrzydłach wracamy do domu. „Najważniejsze, żeby przybierała na wadze. Dziurka w serduszku jest nieistotna. Wytrzyma.”

Idziemy odebrać zamówioną książkę. Wcześniak, pierwsze sześć lat życia. 600 stron. Przeczytana szybko, niczym ulotka. Czekamy na pociąg. Na peronie pani otula kocykiem dziecko w wózku. Ukłucie zazdrości. Ta normalność. Zwykły gest. O tym marzę. Wytrzymam?

I choćbym szedł doliną śmierci, zła się nie ulęknę, boś Ty ze mną. Boże, czemu dajesz mi ten werset? Czemu mówisz do mnie tak głośno? Serce jednak sprawia problemy. Znowu respirator. To nic, mówi lekarz. Damy lek. Dopaminę. Wytrzyma?

Czytamy maile od tych, którzy razem z nami walczą. Smsy z pokrzepieniem. Rośnie w nas wdzięczność i siła. „Dzisiaj może ją pani wziąć na ręce. Proszę usiąść wygodnie, rurkę ułożymy z tej strony.” Ręce mi drżą. Co mam robić, co mówić? Jest lekka jak piórko. Jest dobrze, wytrzymasz.

Udało się. Strawiła pół mililitra mleka. Pielęgniarki się cieszą i lekarz. Po kilku dniach podali jej moje mleko. Strawiła. W końcu czuję się potrzebna, wytrzymam!

Dam Wam radość wielką. Znowu słyszałam Ten głos. Słyszysz, radość, radość wielką! Widzisz, On też chce, żeby Ona żyła. Wytrzyma!

Dzisiaj do szpitala pojedziemy później. Najpierw opowiemy w kościele jaka jest dzielna. Wchodzimy na oddział, nasz drugi dom. Pielęgniarka poważna. Było zatrzymanie serca, reanimacja. Już jest dobrze, większa dawka leku. Wytrzyma?

Czekamy na powrót kardiologa z urlopu. I trzech innych też umówionych. Chyba będzie operacja. Waży za mało, ale nie ma wyjścia. Serce słabe.” Wytrzymaj córeczko, wytrzymaj…

Nie możemy się bać, mówi Daniel. Tu, przy jej inkubatorze, czuwają aniołowie. Przecież Bóg jest silniejszy niż nasz strach. Kolejny alarm. Spadek saturacji. Ale nie ma strachu. Wierzymy. Do domu wracamy szczęśliwi, mimo wszystko.  Przecież On obiecał. Wytrzyma.

Na oddziale bakterie. Wszystkie dzieci chore. Ona też. Nie chce jeść. Pierwszy antybiotyk nie działa. Spróbujemy z innym. Nie bój się, wierz. Wytrzymaj…

Kolejny poranek. Naciskam klamkę OIOMu. Co dzisiaj? Lekarz nie kryje uśmiechu, choć stara się zachować zawodowy dystans. Znowu trawi mleko, z brzuszkiem lepiej. Antybiotyk działa! „Jest dobrze”. Radość ściska mi gardło. Wytrzyma.

Znowu spokojny wieczór. Kładźmy się już. Rano do szpitala. Przygotować mleko, pieluszki, i krem. Daniel dzwoni rano zapytać jak gazometria. Ale nie pielęgniarka odbiera, tylko lekarz. Rozmawia, patrzy na mnie. „Ona w nocy zmarła. Słyszysz??? Zmarła!!!!” Serce nie wytrzymało. A moje..? Wytrzyma..?

 

DSC_8488 DSC_8513DSC_8492 DSC_8489 DSC_8491 DSC_8494 DSC_8499 DSC_8506 DSC_8495 DSC_8497 DSC_8498 DSC_8490 DSC_8501 DSC_8510 DSC_8512  DSC_8544DSC_8516 DSC_8517 DSC_8520 DSC_8529 DSC_8530 DSC_8531 DSC_8539 DSC_8534 DSC_8533 DSC_8532  DSC_8541DSC_8549 DSC_8555

 

– Mamo, kiedy wróci Pan Jezus? Chciałabym się już z Hanią pobawić… – po raz kolejny pyta Zosia.

– Już niedługo kochanie, już niedługo. Wytrzymaj.

************

 

Przeszliśmy przez dolinę śmierci. Walcząc z Bogiem, z samotnością, z bólem. Przeżyliśmy, choć były dni, że wolelibyśmy nie żyć.

Nigdy nie czuliśmy się bardziej samotni niż po śmierci Hani, 6 lat temu. Osieroceni rodzice czują, że są trędowaci. Że nikogo nie spotkało to, co ich. Ludzie, nie wiedząc jak pomóc, odchodzą. W kościele nadal wznoszą ręce, kiedy ty potrafisz jedynie paść na kolana.

Nigdy, tak bardzo jak wtedy, nie potrzebowaliśmy zrozumienia i wysłuchania. Ale słuchać nie chciał prawie nikt. Wtedy świadomość tego, że tam gdzieś są inni, którzy przechodzili podobne tragedie pomogła nam przetrwać.

Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy milczeć. Że będziemy mówić głośno o tym, co zostało zepchnięte daleko, na społeczny margines. O tym, na co nie ma miejsca w teologii sukcesu. O bólu, o ratunku, który nie nadszedł, o śmierci.

Tamtego tragicznego dnia pojechaliśmy jeszcze raz do szpitala. Łudziliśmy się, że powiedzą „to pomyłka, ona oddycha”. Na próżno. Zamiast dziecka, oddali nam pluszowe pandy, ubranka. Wtedy, ostatni raz tak wyraźnie, słyszałam… Za rok dam Wam dziecko. Marzyłam, że wzbudzi ją z martwych.

Po roku, jak przyrzekł, dał nam dziecko. Pierwszą radość wielką. Zosię.

 

DSC_8550

15 października jest Dniem Dziecka Utraconego.

Wam, osieroceni rodzice dedykuję ten wpis. Wiem, co znaczy pęknięte serce i roztrzaskane nadzieje złożone pod tym białym krzyżem.

I Tobie, przyszła mamo, której dziecko odeszło niepostrzeżenie, zanim nawet zdążyłaś je urodzić.

Tobie, tato, który w ramionach trzymałeś noworodka, nie słysząc jego płaczu, ani oddechu.

Nie wiem dlaczego cię to spotkało. Wiem jedno, Bóg jest wierny. Obiecał, że wróci, a z Nim Radość Wielka.

I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. (Obj. św Jana 21,4)

Pin It

Related Posts

4 Responses to Wytrzymaj

  1. Monika napisał(a):

    Wiem! Myślałam, że nie dam rady tego przeczytać do końca. Ale wytrzymałam. I teraz wiem, że nie tylko my. I nie tylko nasze dzieci. I nie tylko moje serce było pęknięte. Dziękuję Ci Agnieszko za te słowa. U mnie po tym strasznym dniu i o chwili ciszy, jakby się świat zatrzymał otrzymałam obietnicę, że jeszcze urodzę córeczkę. Za rok. I tak się stało. Abigail jest dzieckiem z tej właśnie obietnicy. I dziękuję za to.

    • Sunspotter napisał(a):

      Abi pewnie nawet jeszcze nie wie jaka jest szczególna :) Cieszę się, że masz takie słoneczko w domu :)

      To jeszcze nie jest niebo. Tej dziury w sercu nie da się załatać i takie rany się nie goją. Ale wierzę, że już niedługo…

      Ściskam mocno!

  2. Casper napisał(a):

    Ciężko się czyta z załzawionymi oczami
    Pamiętam, kiedy widziałem zdjęcia Hanny z tymi wszystkimi rurkami w inkubatorze….
    potem kiedy, już jej nie było, zdjęcia nagrobka w kształcie pandy i zabawek…
    cały czas kiedy o tym myślę… a w tle Rynkowski śpiewa „Ci co odchodzą”…
    a co dopiero co wy musieliście czuć, dla mnie niepojęte, czas leczy rany – mówią – tylko ile czasu trzeba? Czy wystarczy życia całego na to?
    Nie ma większej tragedii nad tą, która dotyka bezpośrednio nas, niż ta, kiedy rodzice chowają własne dziecko. Wszystkie inne zdarzają się innym, gdzieś daleko od nas, czujemy współczucie i litość, uronimy łzę, przygnębienie przez krócej lub dłużej a potem… hałas życia, pogoń spraw.. na szczęście to nie nas spotkało, ale pojawia się myśl a co jakby nam się to przytrafiło…
    Współczuję, że spotkało was to nieszczęście, największe ze wszystkich jakie tylko istnieją. Nie jestem w stanie, patrząc na moje dziewczynki, wyobrazić sobie tego dramatu. To takie naturalne się wydaję aż prawie jakby się nam to należało, że żyjemy, budzimy się rano, wracamy ze szkoły, po pracy do domu, jesteśmy razem…
    Dzięki Bogu przetrwaliście ten życiowy pożar i podnieśliście się z popiołów, oby szczęście nie opuszczało was odtąd…

    Należycie teraz do grupy, która rozumie bardziej i głębiej Boga, kiedy Jego syn umierał na krzyżu

    Graham Kendrick – Such love, pure as the whitest snow

    • Sunspotter napisał(a):

      Dzięki :* Kiedyś wydawało mi się, że nie przeżyje kolejnej godziny. Później jakoś udawało się przeżyć dzień, tydzień, rok. Człowiek uczy się żyć z raną, tak jak chyba ktoś po wypadku oswaja się ze swoją niepełnosprawnością. Ale świadomość amputowanej nogi masz zawsze, nawet jeżeli skakanie na jednej już ci nieźle wychodzi.

      Świeżych, małych grobów na cmentarzu niestety przybywa. I nie pozostaje nic innego, jak zwiesić pokornie głowę i czekać. Bo to przecież nie jest niebo, to nie jest nasz dom.

      Luv ya :*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *